O autorze

„Życie bez podróży jest jak potrawa bez soli”. Rozmowa z Elżbietą Dzikowską.

Tomasz Aleksander Burek – dziennikarz prasowy i telewizyjny, absolwent Dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Studiował również Historię sztuki, ale jego życie zawodowe ostatecznie zdominowały media.

Doświadczenie zdobywał w redakcjach krajowych i zagranicznych. Od 2014 roku związany ze stacją telewizyjną TELPOL INFO, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego. Ściśle współpracował z Biurem Poselskim Posła do Parlamentu Europejskiego Adama Gierka, gdzie podczas wizyt studyjnych przeprowadzał rozmowy z eurodeputowanymi i naczelnymi politykami w strukturach Unii Europejskiej. 

Na jego koncie znajduje się realizacja materiałów filmowych dla Instytutu Pamięci Narodowej, a także Fundacji Korowód im. Marka Grechuty, co jak podkreśla, jest jednym z najcenniejszych doświadczeń zawodowych. Wyjątkowo wspomina czas współpracy z Danutą Grechutą – żoną jednego z najwybitniejszych polskich artystów. 

Obecnie jest odpowiedzialny za działania promocyjne w Wyższej Szkole Humanitas. Autor innowacji programowej dla uczniów szkoły średniej, scenariuszy zajęć z zakresu dziennikarstwa online dla dzieci i młodzieży, a także prowadzący spotkania autorskie, gale, sympozja, konferencje oraz zajęcia akademickie z zakresu edukacji medialnej.

Dzięki cyklowi „Ludzie, miejsca, zdarzenia” zrealizował ponad sto rozmów z najważniejszymi politykami, gwiazdami ekranu, sceny czy kultury. Laureat Honorowej Statuetki Batorego w roku 2019. Specjalizuje się w tematach społecznych, szczególnie tych kłopotliwych, bowiem rozwiązywanie problemów to jego specjalność. Prywatnie miłośnik podróży, dobrej kuchni, kotów, lotnictwa cywilnego i współczesnej architektury.

Poznajmy się!

Kiedy miałem 12 lat dostałem na urodziny wymarzoną lunetę. Godzinami siedziałem na balkonie i celowałem w świat nad głową. Obraz w obiektywie działał na wyobraźnię. Na tle pięknie rozgwieżdżonego nieba tyle się działo! Wokół Jowisza, od milionów lat, krążą wyraźnie widoczne cztery księżyce – powtarzałem później kolegom w szkole, że je odnalazłem – nikt nie uwierzył. Obraziłem się na nikczemników śmiertelnie.

W czasie pełni, od eonów, tarcza księżyca odsłania swoje pokaleczone oblicze; setki kraterów po uderzeniach meteorytów, góry, doliny i martwe „morza”. Na papierowych mapach srebrnego globu, z latarką w dłoni, szukałem miejsc, w których lądowały księżycowe misje. Przez lunetę nie było widać odcisków butów astronautów ani śladów po kołach łazików. Relacje z wypraw uznałem za dziejowy spisek. Nie było żadnego wielkiego kroku dla ludzkości ani małego dla człowieka. Przestałem wierzyć telewizji.

Pewnej nocy przy wysokiej przejrzystości powietrza zauważyłem czapy lodowe na biegunach Marsa. Tkwiłem w błędzie, przekonany, że ten obraz należy wyłącznie do mnie, a odkrycie jest równie znaczące co przewrót kopernikański.

Z czasem pojawiło się wiele rozczarowań, więc moja przygoda z gwiazdami, mimo wszystko, na jakiś czas dobiegła końca.

Uwaga nastolatka jest skupiona na bardziej przyziemnych aktywnościach i poznawaniu pokus doczesnego świata. Przyrząd astronomiczny powędrował do pudełka, które zadomowiło się w czeluściach piwnicy. Wraz z jego zniknięciem rozpłynęły się marzenia o odkrywaniu na nieboskłonie nowych obiektów albo śledzeniu pojazdów obcych cywilizacji.

Zszedłem na ziemię. Świat – ten na wyciągnięcie ręki – okazał się równie fascynujący. Zaczęły się pierwsze, nieporadne, próby jego opisania i mocowanie ze słowem. To arcytrudna materia.

***

Dawno, dawno temu maturę, także moją, oceniano jakością tekstu, który wypłynął spod stalówki pióra; ostrożnie, z należytą starannością ważono jakość każdego słowa.

Ktokolwiek mierzył się z budową zdania nieraz poczuł, że w środku rodziło się upierdliwe, rozpychające poczucie winy za źle dobrane określenie, że ten rzeczownik nie tańczy w parze z przymiotnikiem, zaś dany czasownik pozostaje łysy, marny, martwy i niedokonany.

W czasach studenckich, przy butelce sofii semi dry na krakowskich Plantach, słuchałem z zaciekawieniem rad lokalnych literatów.

– Jak nie umiesz pisać to se to namaluj w głowie, wtedy napiszesz.
– Dlaczego?
– Bo tak.
I malowałem.

Bo przecież: był to człowiek leniwy, otyły, pogardliwie sapiący brzmi lepiej niż ten gruby parch w kącie.

Bo przecież: powietrze wypełniło się treścią, która grała w krtani, malowało rumiane zachody; jest mniej oczywiste niż można się udusić od tego trującego, lokalnego syfu.

Poznałem Ryszarda Kapuścińskiego, który tkwił na poddaszu swego domu. Szukał wśród zalegającego po sufit księgozbioru jednego zdania, czasem słowa. O poranku, o zmierzchu, dniami, tygodniami. Odnalazł je, a czasem nie, gdzieś zaszyte przepadło.

Słowo

W magiczny sposób łączy lub dzieli ludzi, jest narzędziem pracy i źródłem utrzymania, równie realnym jak klucze w warsztacie samochodowym i kombajny ścianowe w kopalni.

Media

To nasz obraz przepuszczony przez technologie cyfrowe. Podczas mojej dziennikarskiej wędrówki spotykam ludzi; altruistów, egoistów, dusze empatyczne i zarozumiałe, złożone, rozmaite, barwne. Pojawiają się ekstrawertycy i skryte charaktery. Jest hałastra i hołota, horda i hurma. Mijamy się każdego dnia, bywa, że o poranku spotykam wszystkich w lustrze.

Gwiazdy

Z reguły to bardzo utalentowani ludzie, którzy aurę wyjątkowości zawdzięczają geniuszowi i ciężkiej pracy. Niektórych wykreował świat show biznesu, wyposażył w boskie atrybuty i otoczył nimbem wspaniałości – wbrew ich woli – wtedy cierpią, nie kryjąc rozczarowania przebiegiem kariery i ciężarem sławy, która przygniata.

Prawdziwe gwiazdy świecą własnym, niezakłóconym i wyrazistym blaskiem. Te skąpo obdarzone talentem z reguły błyszczą, lecz to światło odbite, blade i mizerne. Niektóre gwiazdy dopiero wschodzą, inne świecą wysoko i pewnie w zenicie. Nietrudno zauważyć, że część z nich płowieje, traci pierwotną seraficzność i niedługo wypali się pozostawiając po sobie niemożliwą do wypełnienia i nieoczekiwaną pustkę.

Wszyscy są bohaterami tej odcinkowej opowieści.