Noc z 4 na 5 lipca 1943 roku. Na lotnisku w Gibraltarze panuje spokój, przerywany tylko dźwiękiem silników czterosilnikowego Liberatora AL523. O 23:05 maszyna, z generałem Władysławem Sikorskim na pokładzie, otrzymuje zgodę na start i rusza w kierunku wschodnim.
Szesnaście sekund później samolot uderza w wodę – zaledwie kilkaset metrów za końcem pasa. W jednej chwili tonie premier polskiego rządu na uchodźstwie i Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, a wraz z nim większość jego współpracowników.
Ciało Sikorskiego wydobyto z morza przed północą. Wrak spoczywał na głębokości kilku metrów, ledwie 600 metrów od brzegu. Woda była spokojna. I od tego momentu zaczynają się pytania, na które do dziś nikt nie odpowiedział jednoznacznie.
Według rekonstrukcji Mieczysława Jana Różyckiego, Liberator wystartował poprawnie, ale niemal od razu miał problemy ze wznoszeniem. Osiągnął wysokość około 40 metrów, po czym gwałtownie stracił siłę nośną i uderzył o powierzchnię morza z prędkością ponad 260 km/h. Cały lot trwał nie więcej niż 12 sekund.
Samolot obrócił się na lewe skrzydło i rozpadł w chwili zderzenia na kilka części. Pilot, czeski lotnik Eduard Prchal, został wyrzucony z kabiny i jako jedyny przeżył.
Świadkowie, w tym brytyjski radiooperator i Ludwik Maria Łubieński z Polskiej Misji Morskiej, widzieli, jak maszyna opada tuż po starcie. Łubieński jako pierwszy poinformował Londyn o tragedii i sporządził oficjalny raport.
Brytyjska komisja badająca wypadek uznała, że przyczyną katastrofy było zablokowanie steru wysokości. Problem w tym, że nikt nie potrafił wyjaśnić, jak do tej blokady doszło. Niektórzy badacze podejrzewali tzw. miękkie wodowanie – samolot miał przez kilka minut unosić się na powierzchni morza, zanim zatonął w płytkiej wodzie. Brzmi nieprawdopodobnie, ale ta wersja do dziś ma swoich zwolenników, zwłaszcza wśród tych, którzy dopatrują się w tragedii śladów sabotażu.
Alarm ogłoszono natychmiast. O 23:14 do miejsca zdarzenia dotarł kuter ratowniczy HSL-181, a chwilę później kolejne jednostki. Wyłowiono ciała generała Sikorskiego, jego szefa sztabu Tadeusza Klimeckiego, brygadiera Johna Whiteleya i kilku innych osób. Pilot Prchal, nieprzytomny, trafił do szpitala. W kolejnych dniach nurkowie wydobyli fragmenty wraku i ciała pozostałych ofiar. Córki Sikorskiego, Zofii Leśniowskiej, nie odnaleziono nigdy. Trumna z ciałem generała została przewieziona do Wielkiej Brytanii na pokładzie niszczyciela ORP Orkan i pochowana na cmentarzu w Newark. Autopsji nie przeprowadzono, a zdjęcia wykonane po wyłowieniu z morza – zaginęły.
Na pokładzie Liberatora znajdowało się 16 osób: 11 pasażerów i 5 członków załogi. Zginęli m.in. generał Tadeusz Klimecki, brytyjski poseł i oficer łącznikowy Victor Cazalet, pułkownik Andrzej Marecki oraz córka Sikorskiego, Zofia Leśniowska. Z życiem uszedł tylko jeden człowiek – pilot Prchal. Jego relacje, często niespójne, przez lata budziły kontrowersje i wątpliwości.
Wypadek nad Gibraltarem nie był pierwszym incydentem z udziałem generała. Kilka miesięcy wcześniej jego samolot musiał awaryjnie lądować w Montrealu. Jeszcze wcześniej doszło do podejrzanego zdarzenia w marcu 1943 roku. Dla wielu badaczy to zbyt wiele zbiegów okoliczności, by mówić o zwykłym pechu.
Ponad osiem dekad później katastrofa w Gibraltarze nadal budzi emocje. Być może był to tragiczny zbieg awarii i błędów ludzkich. A może coś więcej – polityczny zamach, który miał uciszyć niewygodnego sojusznika.







