Kiedy Brigitte Bardot przyjechała do Saint-Tropez w latach 50., miała pewnie wrażenie, że odkryła raj, którego nikt jeszcze nie zauważył. Dziś ten raj zna już każdy – od paparazzich w przyciasnych koszulkach polo po miliarderów, którzy lądują tu helikopterami tylko po to, by wypić espresso za piętnaście euro. Spójrzmy prawdzie w oczy: Saint-Tropez nie jest tylko luksusowym lunaparkiem dla bogaczy, ale miejscem, gdzie historia, sztuka i kicz tańczą razem w rytmie wakacyjnego szlagieru. A tenże szlagier znamy z kultowych komedii o żandarmie
Zacznijmy od początku. Miasto zawdzięcza nazwę świętemu Torpesowi – rzymskiemu męczennikowi, którego historia była zdecydowanie mniej glamour niż obecne życie kurortu. Według legendy, jego ciało przypłynęło tu w łodzi. Dziś w podobnych łodziach przybijają już nie męczennicy, a raczej ci, którzy cierpią, bo nie ma miejsca w marinie na ich 60-metrowy jacht.
Spacerując po mieście, trudno nie zauważyć pastelowych fasad domów – róż, pomarańcz i żółcie wyglądają jak starannie dobrany filtr fotograficzny. Jednak zanim powstała moda na „instagramowe miasteczka”, Saint-Tropez przyciągało artystów. Paul Signac i Henri Matisse malowali tu swoje płótna, przeklinając pewnie słońce, które suszyło farby szybciej, niżby chcieli.
Całkiem niedaleko znajduje się Pampelonne, czyli plaża-legenda. Pięć kilometrów piasku, na którym słońce świeci jednakowo na wszystkich, ale drinki kosztują różnie dla turysty z plecakiem i dla właściciela jachtu. To właśnie tam narodziła się tradycja plażowych klubów, gdzie można wydać równowartość samochodu na dzień leżenia w cieniu parasola.
W związku z moim zamiłowaniem do jedzenia, powiem Wam, że nie byłoby Saint-Tropez bez słynnej Tarte Tropézienne – ciasta, które Brigitte Bardot ochrzciła podczas kręcenia filmu. To chyba jedyny przypadek, gdy aktorka zamiast nowej sukienki wypromowała kremówkę.
Oczywiście, kto raz zobaczył Louisa de Funèsa biegającego po uliczkach Saint-Tropez w mundurze, już zawsze będzie widział tu ducha żandarma. Ale filmowe miasteczko przeżywa dziś bardziej inwazję teleobiektywów niż przestępców. To jeden z niewielu portów na świecie, gdzie paparazzi mają większe szanse na ujęcie celebryty niż policja na złapanie złodzieja.
I choć Saint-Tropez liczy na stałe zaledwie cztery tysiące mieszkańców, latem przyjmuje nawet sto tysięcy gości dziennie. W efekcie luksus spotyka się z prowizorką: jachty warte fortunę cumują obok starych rybackich łodzi, a w knajpie z widokiem na zatokę można zapłacić fortunę za spaghetti, które smakuje tak, jakby gotował je kuchcik z Marsylii.
Saint-Tropez pozostaje geograficznym punktem na mapie, ale też stanem umysłu. W końcu – jak mówi żart miejscowych – „Saint-Tropez to jedyna wioska na świecie, w której więcej osób ma paparazzich niż znajomych”. Atmosferę w jednym zdaniu trafnie ujął Karl Lagerfeld: It’s all about taste. If you are cheap, nothing helps.














