CZASEMPISANE

czasem pisane, bo pisane czasem

Watykan. Niewidzialne państwo

 

                                                                                      „Pragnę Kościoła ubogiego dla ubogich”

                                                                           papież Franciszek

 

Najmniejsze państwo na Ziemi od wieków ma realny wpływ na wydarzenia o znaczeniu globalnym. Tutaj znajduje się bazylika św. Piotra, rezyduje papież, a sfera sacrum i duchowość odgrywają o wiele bardziej istotną rolę, niż w rozbuchanym, rozrywkowym i pięknym, chociaż chaotycznym Rzymie, tuż za murami Świętego Miasta.

Niezliczone sklepy z dewocjonaliami, księża, zakonnice i treści płynące ze wszelkich możliwych nośników reklamowych, budują narrację miejsca pełnego błogości. Z serca Watykanu szerokim strumieniem rozlewa się miłosierdzie, a Boża Opatrzność zdaje się czuwać nieustannie nad grzesznym żywotem pielgrzymów. Ten szczególny Plac, prezentuje godne i łagodne oblicze siedziby Kościoła Katolickiego. Z lotu ptaka doskonale widać założenie architektoniczne, które symbolizuje Kościół oplatający ramionami swoje zbłąkane owieczki. Podróż w głąb niewidzialnego Watykanu i jego historię odsłania jednak prawdę, która nie tylko zaskakuje, ale momentami przeraża i zasmuca.

Tej prawdy strzegą grube mury i pięknie odziani strażnicy – Szwajcarzy w tradycyjnych barwnych mundurach, gotowi bronić Watykanu za cenę życia. Głęboko, wewnątrz Świętego Miasta, dziejowy zegar cofa się, a rzeczywistość zdaje się składać z wielu warstw, które spowija mrok. Myślę, że nie są w nim pożądane słowa papieża Franciszka – „Pragnę Kościoła ubogiego dla ubogich”.

W zakamarkach Pałacu Apostolskiego mieści się archiwum, pełne jest niezwykłych dokumentów i tajemniczych manuskryptów. Dostęp do niego pozostaje strzeżony, a liczne legendy mówią, że ukryte w nim archiwalia, zmieniłyby historię Kościoła. Z największą dbałością poddawane są konserwacji, a wiele z nich ma tak duże znaczenie, że przez kolejne dziesięciolecia pozostaną niejawne.

Im niżej wędrujemy, tym mniej światła dociera do naszych oczu. W podziemiach Bazyliki Świętego Piotra, wśród katakumb, kryje się tajemnicza krypta. Od wieków toczą się spory wokół szczątków, które rzekomo należą do samego św. Piotra – jednego z apostołów Jezusa. Ale czy rzeczywiście znajdują się tam relikwie pierwszego papieża? Debata trwa, a badania naukowe, podobnie jak w przypadku Całunu Turyńskiego, wciąż nie pozwalają udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

 

Mury szczelnie chronią wypowiadane tu słowa i kryją ludzkie zachowania. Watykan, jak podają liczne źródła, nie jest miejscem nieskazitelnym pod względem obyczajowym. Wiek XX, nowe stulecie otwartych umysłów i postęp technologiczny przyczyniły się do obnażenia prawdy. W środowisku zakonnym pojawiały się doniesienia o zakazanych romansach i intrygach, łamaniu ślubów celibatu. Tajemnicze miłosne perypetie, chwile uniesienia i skomplikowane relacje przyczyniły się do kontrowersji wewnętrznych Kościoła i odpływu wiernych, którzy utracili zaufanie do instytucji. Źródła donoszą o tajemniczym gejowskim lobby działającym w Świętym Mieście, które ma wpływ na decyzje i politykę wewnętrzną Watykanu. To oskarżenie wzbudza dyskusję na temat akceptacji homoseksualizmu w Kościele.

 

Centrum wszechrzeczy stanowi Bazylika św. Piotra. To odzwierciedlenie boskiej potęgi na naszym padole łez, ocieka złotem i leży w sercu maleńkiego państewka, które dysponuje nieprzebranymi dobrami materialnymi. Zakulisowe skandale finansowe od lat wstrząsają opinią publiczną, a oskarżenia o pranie brudnych pieniędzy i niejasne transakcje wzbudzają pytania o transparentność i moralność zarządzania gigantycznym majątkiem.

W czerwcu 1982 roku pod mostem Blackfriars w Londynie znaleziono wisielca. Nogi Roberta Calviego, prezesa powiązanego z Watykanem Banco Ambrosiano, banku samego Pana Boga, jak mawiają Włosi, omywały wody Tamizy. Na ręce miał drogi zegarek Patek Philippe, w kieszeniach kilkanaście tysięcy dolarów i kawałki starych cegieł. Zwolennicy spiskowych teorii doszli do wniosku, że Calvi padł ofiarą rytualnego masońskiego zabójstwa. Świadczyły o tym cegły w jego kieszeniach, stopy zanurzone w wodzie i samo miejsce zbrodni – Blackfriars Bridge, most Czarnych Braci.

Policja nie dała się jednak ponieść fantazji. Uznała śmierć Calviego za zwykłe samobójstwo. Wydawało się ono oczywistą decyzją skompromitowanego finansisty, który doprowadził na skraj przepaści szacowny katolicki bank Ambrosiano.

Żona Calviego zeznała, że jej mąż udał się do Londynu, aby przekazać kontrolę nad Banco Ambrosiano ludziom z Opus Dei, organizacji katolickiej, która skutecznie połączyła przestrzeganie nakazów Ewangelii z sukcesem w interesach. Rosnące od początku pontyfikatu Jana Pawła II wpływy Opus Dei zagrażały loży Propaganda Due i biskupowi Marcinkusowi. Wejście tej organizacji do rady nadzorczej Ambrosiano oznaczałoby w praktyce przejęcie przez nią kontroli nad finansami Kościoła i koniec kariery biskupa.

Były ochroniarz papieża Pawła VI już raz usiłował zapobiec utracie Ambrosiano, dając Calviemu gwarancje banku watykańskiego. Calvi odwdzięczył się Marcinkusowi czymś, co mogło biskupowi zaskarbić przychylność papieża Polaka. Bank Ambrosiano miał przekazać 14 milionów dolarów na pomoc dla związku zawodowego Solidarność i udostępnić sieć fikcyjnych spółek dla transferu pieniędzy, które CIA przeznaczyła na działalność opozycji w Polsce.

W latach 80. rewelacje te uważano za część komunistycznej kampanii oszczerstw wobec Solidarności. Jednak w roku 1996 Carl Bernstein, reporter „Washington Post”, który zasłynął ujawnieniem afery Watergate, opublikował książkę potwierdzającą wcześniejsze doniesienia. Wynikało z niej, że Stolica Apostolska przez całe lata 80. ściśle współpracowała z Ronaldem Reaganem w walce z sowieckim imperium zła, a pieniądze Waszyngtonu na pomoc dla Solidarności trafiały do Polski kanałami kościelnymi.

Polityka Watykanu nieustannie podlega ocenie i krytyce. Mimo ciężaru oskarżeń Święte Miasto trwa i będzie trwać w cieniu Rzymu. W momentach dziejowych klęsk, katastrof, lęku i trwogi, dobywający się stąd głos trafia do każdego zakątka globu. Tak było w przypadku homilii wygłoszonej przez papieża Franciszka, 27 marca 2020 roku. Przywołajmy jego słowa i niezwykle poruszającą, plastyczną, pełną obrazów humanistyczną opowieść, która w środku pandemicznego popłochu wielu ludziom przyniosła nadzieję.

«Gdy zapadł wieczór» (Mk 4, 35). Tak zaczyna się Ewangelia, której wysłuchaliśmy. Od tygodni wydaje się, że zapadł wieczór. Gęste ciemności zgromadziły się nad naszymi placami, ulicami i miastami; owładnęły naszym życiem, napełniając wszystko ogłuszającą ciszą i przygnębiającą pustką, która przechodząc, paraliżuje każdą rzecz — czuje się to w powietrzu, dostrzega się w gestach, mówią to spojrzenia. Jesteśmy przestraszeni i zagubieni. Jak uczniów w Ewangelii, zaskoczyła nas nieoczekiwana i gwałtowna burza. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy w jednej łodzi, wszyscy słabi i zdezorientowani, a jednocześnie ważni i niezbędni, wszyscy wezwani, by wiosłować razem, wszyscy potrzebujący wzajemnego pokrzepienia. W tej łodzi… jesteśmy wszyscy. Jak ci uczniowie, którzy jednym głosem mówią zalęknieni: «Giniemy» (w. 38), my również dostrzegliśmy, że nie możemy iść naprzód każdy osobno, na własną rękę, ale tylko razem.

Burza odsłania naszą słabość i obnaża fałszywe i zbędne pewniki, z którymi tworzyliśmy nasze plany, projekty, zwyczaje i priorytety. Pokazuje nam, że zostawiliśmy w stanie uśpienia i opuszczenia to, co zasila i podtrzymuje nasze życie i naszą wspólnotę, i daje im siłę. Burza odkrywa wszystkie usiłowania, żeby «opakować» i zapomnieć wszystko to, co posilało duszę naszych ludów; wszystkie te próby znieczulenia pozornie «zbawczymi» zwyczajami, które nie potrafią odwoływać się do naszych korzeni i przywoływać pamięci o naszych starszych, pozbawiając nas tym samym odporności potrzebnej, by stawić czoło przeciwnościom.

Kiedy przyszła burza, opadła zasłona stereotypów, którymi przykrywaliśmy nasze «ja», wiecznie zatroskane o własny obraz; odsłoniła się na nowo owa wspólna przynależność, od której nie możemy się uchylić — przynależność jako bracia.

Watykan jest miejscem, gdzie rodzą się przesłania i najszlachetniejsze idee pełne dobra – jak w powyższym tekście. Zaskakujące, że tak często, nad szeroko rozumianą prawością górę bierze małostkowość, chciwość, pycha i zagubienie, charakterystyczne dla mrocznych pokładów ludzkiej natury. Przebieg dziejowych wydarzeń ilustruje moc przykładów i niepodważalnych faktów, które powinny stanowić źródło wstydu, jednak zapomniano o nich, bowiem ludzkim jest błądzić… a może inaczej; Człowiek to rzeczownik, a rzeczownikiem rządzą przypadki.

Jest poranek, około 9. To głośny moment dnia, wiele się wokół dzieje, słychać też słowa padające w różnych językach. Pamiętajcie, w Wiecznym Mieście cappuccino pijemy przed południem, bo później to niedopuszczalne. Nie jestem lokalsem, więc mi wybaczono ten błąd, podobnie jak herbatę z cytryną w Londynie.

Z kolei podczas nieustających, nieskończonych wieczornych włoskich posiadówek można usłyszeć historie nie z tej ziemi. Podobno w odosobnionych miejscach Watykanu odbywają się tajemnicze rytuały, łączące elementy magii i okultyzmu. Ceremonie, których nie potwierdzają oficjalne źródła, mają swój czas i okoliczności. Ktoś coś być może widział, ale ze względu na bezpieczeństwo nie chce dzielić się tymi informacjami. Akurat w tym momencie kelnerka triumfalnie wnosi kolejny aperol spritz i rozmowa schodzi na przyziemne tematy, bo przecież premier Meloni nie radzi sobie z tonącym w śmieciach Neapolem.

Przy kolejnym drinku toczą się równie ekscytujące opowieści o tajemniczych zaginięciach, ale podobnie jak w przypadku magicznych rytuałów, w pewnej chwili milczenie pozostaje jedyną odpowiedzią. O rzekomą współpracę Watykanu z organizacjami mafijnymi, które wykorzystują Kościół jako przykrywkę, z wiadomych przyczyn, lepiej nie pytać.

Gdyby Watykan, taki najprawdziwszy, z naszych wyobrażeń, miało definiować jedno miejsce, bez wahania wskazałbym na Kaplicę Sykstyńską. W jej mikrokosmosie zapisane są tajemnice i losy świata. To miejsce, które ludziom wątłej wiary, przywraca nadzieję na zrozumienie boskiego planu.

Światło wpadające do jej wnętrza ukazuje pełne życia freski prezentujące biblijne historie. Sklepienie zdobi dziewięć obrazów, a wśród nich „Stworzenie Adama” – jedno z najbardziej ikonicznych dzieł w historii sztuki.

Postacie na ścianach Kaplicy zostały wykreowane ludzką ręką, układają się w narrację pełną intryg i kontrowersji. W czasach, gdy freski tworzył Michał Anioł, pojawiały się plotki o ukrytych przesłaniach, które miał zamknąć w swoich dziełach. Artysta podkreślił swoje niezadowolenie i frustracje wynikające z wielu konfliktów z papieżem Juliuszem II. Mówiono, że wplatał emocje w malowidła, dodając duchowe znaczenie całej kompozycji.

Sąd Ostateczny pełen symboli i ukrytych znaczeń onieśmiela. Badacze sztuki nieustannie próbują rozszyfrować jego zagadkę i odpowiedzieć na pytania czy Michał Anioł umieścił w swoich freskach przesłania polityczne, czy może ukryte wiadomości dla przyszłych pokoleń. Obrazując czeluście piekielne, Michał Anioł wprowadził kilka motywów mitologicznych: widzimy łódź Charona przewożącą zmarłych, a także Minosa, sędziego w greckim Hadesie. Mityczny król przedstawiony jest z oślimi uszami i oplatającym go wężem. Michał Anioł dał mu twarz papieskiego zarządcy, Biagio da Ceseny. Jak nietrudno się domyślić, artysta nie lubił papieskiego wysłannika i w ten sposób wyraził swoją niechęć. W piekle artysta umieścił także innego duchownego znanego dobrze współczesnym – mnicha Savanarolę.

Pięć stuleci temu nikt nie śmiał zaprzeczyć artystycznej wartości Sądu Ostatecznego, jednak fresk oburzał nieortodoksyjnością, a także nagością postaci biblijnych. Na polecenie papieża Pawła IV większość postaci została „przyodziana”. Zadanie to wykonali Daniele da Volterra i Girolama da Fano jeszcze za życia twórcy, znacznie zmieniając przekaz, bo przecież nagość to prawda.

Po wyjściu z Kaplicy Sykstyńskiej w głowie kłębią się rozmaite myśli. Uznałem, że doskonałym przewodnikiem, przybliżającym geniusz autora arcydzieła, będą jego słowa.

„Największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to że mierzymy za nisko i cel osiągamy”

W przesłaniu Michała Anioła niestrudzenie poszukujmy rozwiązań, odpowiedzi, natchnienia, by zdarzenia mogły przebiegać dokładnie tak, jak sobie tego życzymy.

 

Najczęściej oglądane wpisy