CZASEMPISANE

czasem pisane, bo pisane czasem

Białe klawisze Zosi

Opowiadanie inspirowane prawdziwymi wydarzeniami

Jackowce, październik 1922

– Zosiu, pamiętaj, nie odchodź za daleko, wracaj szybko, zaraz zrobi się ciemno!

– Tak, mamo. Tylko nad staw pójdę, kaczki znowu przyleciały. Pójdę tylko na chwilę mamo, zerkaj za mną proszę, to nie zniknę!

– Ciemno, oj ciemno się zrobi, bo księżyc w nowiu, za to niebo będzie dzisiaj pełne gwiazd. Popatrz na nią czy nad stawem za blisko nie stoi, nie widzę stąd Zosieńki, jakaś mgła dziwna nad wodą zalega.

– Dr Bolesław Heyne zawsze krynicą mądrości. Od Tarnopola po Złoczów, po sam Lwów i Warszawę. Skąd to wiesz, mężu, że dziś ciemniej niż zwykle?

– Przeczytałem w gazecie, o tutaj, na ostatniej stronie. Co więcej w książkach do astronomii, a przypominam Ci, że takie również posiadamy. Mamy nów, moja droga żono, dwudziesty dzień październik Roku Pańskiego 1922 i straszliwy ziąb w tej izbie. Czytasz romansidła i tak Cię na umyśle grzeją, że chyba nie zauważyłaś jaki chłód. Służba ma wychodne czy zapomnieli co do nich należy? Człowiek jeśli sam nie przypilnuje to wnet na kość zamarznie. Skandal, jutro każę drwa szykować, pusto w drewutni, a zima za pasem. Co oni sobie wyobrażają? Jackowce to nie Lwów i miejskie luksusy, piece kaflowe, gwarna ulica i restauracje. Prowincja wymaga dobrego planowania.

– Masz rację, zrobiło się niespodzianie zimno, a Zosia w takim cienkim futerku po dworze biega. Biedna, jeszcze choroby się nabawi.

– Wcale nie cienkim, poza tym kosztowało majątek. Które dziecko ma futro od najdroższego kuśnierza we Lwowie, które dziecko ma na prywatny użytek fortepian Schimmela, do diaska – które dziecko ma oryginalne partytury, guwernantkę, służbę i tyle zabawek? Poza tym nie wyglądaj za nią co chwilę. To irytujące. Daj jej pożyć beztrosko, bo wyrośnie na jedną z tych panien z dobrego domu, która nic nie wie o bożym świecie. Lwów to nie Paryż, nawet nie Warszawa, mimo to, mody tam równie niebezpieczne. Niech nasza Zosia gra – w końcu po to mamy w domu fortepian, ale rozsądnie i tylko standardy – one są najpiękniejsze. Niech rozwija się, uczy języków – ale tylko tych eleganckich – taki francuski na przykład, słyszę w uszach jego piękny ton, musi nim władać, obowiązkowo. Niech nam Zosia wreszcie tańczy – ale klasycznie, nie te nowomodne hulańce. Niech nie zachłyśnie się tą nowoczesnością – wszędzie jej pełno, a to nic dobrego.

Chociaż starość mnie powoli dogania, zrobię wszystko, żeby nie była dziwaczką z tych bogatych salonów, która dla mody brodzi po łąkach, tonąc w melancholijnym nastroju. Oj, nie, tutaj nie ma miejsca na tęskne spojrzenia. To teraz takie modne – widziałem w kinie. Przyznasz, że moda to irytująca sprawa – droga i niepotrzebna zabawa dla beztroskich bogaczy. Przyprawia o choroby umysłowe i uszczupla majętność, a przecież o rezerwy trzeba dbać, wszyscy dybią jak człowieka z resztek ograbić. Nowe czasy, zaiste nowe idą. Porty w Gdyni budujemy, statki, samoloty fruwają po niebie, a wszystko coraz droższe. Podatki też nowe. Worek mąki toż w cenie złota niedługo stanie.

– Nie narzekaj nieustannie. Widzisz, taki jesteś nowoczesny, o nowiu księżycowym rozprawiasz, a nie przeczytałeś w „Porannej Gazecie”, że z Warszawy do Lwowa miast pociągu samoloty uruchomili. Czytaj, jak prędko – w dwie godziny polecimy.

– Tak, samolotem polecimy, a na koniec całkiem się w biedzie utracimy. Moja droga, mało Ci obowiązków w Złoczowie, tylko od razu po świecie hulać? Wojna dopiero skończona, a tu może druga idzie, w gazetach piszą, na salonach powiadają. Świat za oknem wystarczająco szeroki, Zosia jeszcze mała – na rauty i bale przyjdzie czas, jeśli kieszeń pozwoli.

Do Lwowa pojedziemy na następny tydzień. Trzeba sprzedać ten nieszczęsny brylant po babce, ten który ostał się, jakby przeklęty, spieniężyć go nie sposób, wnet będzie trzeci miesiąc. Dawno miał zniknąć – tutaj, w Jackowcach, nic nam po nim, tylko pecha przynosi. Spójrz sama, taki piękny, spokojny majątek. Niech go zło omija.

– Och, nie mów tak. Nawet nie wiesz od kogo, kiedy i za co dostała taki piękny kamień, a prawisz o nieszczęściach – jakich nieszczęściach? Za ten pierwszy brylant kupiłeś Zosi fortepian, chociaż uważam, że nowy Schimmel to zbytek dla tak młodej damy, mogłeś wybrać coś tańszego. Poza tym bez tego kamienia także żyliśmy dostatnio, uparłeś się na sprzedaż – wszak była kaprysem, a nie koniecznością. Mam pewien pomysł – skoro nic o nim nie wiemy, a jest tutaj zbędny, sprzedajmy go.

Mężu – jeśli go spieniężysz, może wystarczy na podróż aeroplanem do Paryża i Londynu albo jazdę Orient Expressem? Zaufaj mojej intuicji. Drugi też przyniesie szczęście, bo brylanty to magiczne kamienie, piękne i tajemnicze.

– Podróż aeroplanem powiadasz? Kobieto, wszak to niedorzeczne, a przede wszystkim absurdalnie kosztowne. Myślę jak nas uchronić przed klęską, a Ty wydajesz miliony marek, głosząc proroctwa na miarę Królowej Saby. Nadto wieczór się zbliża, a w tym domu echo jak w grobowcu. Gdzie Stanisław, gdzie jest Helena? Ktoś musi napalić w kominku, rozumiem, że wieczerzy dzisiaj nie ma w planie?

– Mamy, mamy, prawdziwą ucztę – przedniego bażanta – błąkał się w zaroślach pod lasem. Zarządca Roth upolował dwie sztuki i przyniósł wczoraj piękny okaz. Helena fachowo sprawiła tuszkę, pieczeń będzie znakomita, zaraz skosztujesz.

Ciemno wnet będzie, już czas wołać Zosię, gdzie ona jest? Biedne dziecko na tej zimnicy, a Ty prowadzisz dyskusje o wielkiej gospodarce. Palce Zosieńce na dworze pomarzną, nic nam nie zagra, a jutro aż dwie lekcje muzyki i polonez w planie.

– Zosiu! Zosiu! Już noc prawie. Natychmiast wracaj – kolacja czeka.

– Już jestem, mamo, kaczki karmiłam, ale uciekły nagle. Straszno nad stawem, jakaś ciemność i mgła przyszła przedziwna…

                                                                                                   Źli ludzie

To był przedostatni spokojny dzień w Jackowcach, który wyraźnie zapamiętałam. Pożegnał się z nami pięknym zachodem słońca. Kula ognia przepadła pod horyzontem, a później nad polami, brodem, łąkami, od strony lasu, zaczęła ścielić się mgła. Kto bywa jesienią na wsi, ten wie, że bajeczne kolory zamieniają się w jednej chwili w ponure i mroczne krajobrazy. Świat jest, a potem nagle znika w mroku.

Jako mała dziewczynka lubiłam przychodzić wieczorami nad staw. Wcześniej, po południu, tuż po deserze, nie mogłam pobiec do moich wesołych kaczuszek, bo ćwiczyłam grę na fortepianie. Fortepian był czarny, wielki, zajmował sporo miejsca w salonie, a przy nim zawsze rezydował nasz kot Izydor. Pilnował go i bronił zażarcie przed wszelkimi stworzeniami z sąsiedztwa, które znalazły się przypadkowo w majątku. Może obroniłby nas przed gromadą najbardziej zjadliwej gadziny, ale kiedy przyszli Ci źli ludzie schował się w komórce i miauczał znacząco. Izydor kochał ponad wszystko jestestwo i nigdy nie pozwolił sobie zrobić krzywdy, nawet w imię wyższych ideałów. Tą cechą Izydor różnił się od pana Filipa Rotha, dzierżawcy i zarządcy majątku,. Nie znałam go dobrze, mowa oczywiście o panu Filipie, a nie Izydorze lecz tata zawsze podkreślał, że sumiennie opiekował się powierzonymi mu włościami. Odwiedził nas poprzedniego dnia, wspominał coś o niepokojach w okolicy i grasujących bandach złodziei. Ostrzegł, że trzeba mieć się na baczności.

Nigdy nie miałam się na baczności, nie wiedziałam co to oznacza, zawsze czułam się bezpieczna. W schowku na broń tata trzymał strzelby, ale używał ich tylko podczas polowań. Nikt nie myślał o tym, żeby celować z karabinów w ludzi, nawet jeśli okazali się być okrutnymi bandytami. W majątku na co dzień kręciło się wielu gości, toteż klucz do schowka na broń ukryty był w jamie pod podłogą, na wszelki wypadek i tak sumiennie, że demontaż jednej z desek zajmował kwadrans. Na domiar złego deskę dociskała noga fortepianu, do przesunięcia którego, trzeba było dwóch rosłych mężczyzn. Dopiero później dowiedziałam się, że schowek skrywał nie tylko wspomniany kluczyk, ale o wiele cenniejszą zawartość.

Wieczorami, nasz służący Stanisław wracał do swojego gospodarstwa, zostawała u nas jedynie zawsze pomocna Helena – gotowała mi smakowite kakao i regulowała porę serwowania deseru. Tym samym następował deficyt męskiego towarzystwa, zawsze brakowało kogoś zdolnego przesunąć wielki muzyczny mebel.

Tata co dnia do późnych godzin załatwiał swoje nieogarnięte naszym kobiecym rozumem biznesy. Często wracał późną porą ze Złoczowa, zawsze z tryumfalną miną prawnika, który zwyciężył w kolejnej arcyważnej sprawie. Zaś ja siedziałam, brzdękając w klawisze fortepianu. Raz białe, raz czarne, zerkając w świat za oknem i mrok nocy.

***

Fakt, że zostawałyśmy we dworze na noc same było wielkim błędem. Zdarzyło się tak kilka razy, z pewnością o jeden za wiele. W Jackowcach, wraz z mamą, stawałyśmy się bezbronne, jak te kaczki w stawie, na które czyhali nocni drapieżcy. Oni przyszli, także po nas, źli ludzie – gorsi niż wilki. Chociaż miałam osiem lat do dzisiaj pamiętam ten straszliwy wieczór, a na dowód trzymam fragment gazety, która przypomina o tym. Wydarzenia przebiegły następująco.

„Bandyci do Jackowców przybyli od strony wsi Serwiry” – czytamy w „Gazecie Porannej” z 22 października 1922 roku. W lewym dolnym rogu druk na pożółkłej kartce informuje o tym, że „złodzieje uzbrojeni byli w cztery karabiny maszynowe pochodzenia francuskiego oraz rewolwery. Wszyscy posiadali konie, wyposażone w nową uprzęż rzemienną, co wskazywałoby na to, że należą do armii bolszewickiej”.

Nocą słychać rozmaite odgłosy, dźwięki niosą się setki metrów, a krzyki, jak się przekonałam, kilometrami. Pan Filip Roth mieszkał niedaleko naszego majątku, aby go odwiedzić często spacerowałam ścieżką w gęstwinie. Po dziesięciu minutach wędrówki ciemnym lasem byłyśmy na miejscu. Pobielony wapnem dom, jesienią otaczały przekwitłe malwy, a przy obejściu zdobiły napęczniałe, kolorowe dynie. Nie wiem skąd przyszła na nie moda, ale wyglądały apetycznie, a wówczas efektownie i nowatorsko. Od gospodarstwa pana Rotha dzielił nas ponad kilometr.

Około drugiej nad ranem obudziło mnie ujadanie psów do którego po kilku minutach dołączyły odgłosy wystrzałów. Mama wiedziała, że dzieje się coś bardzo niedobrego. W jednej chwili dom ogarnęła panika. Helena biegała z izby do izby wzywając wszystkich świętych, Izydor zniknął w spiżarni. Mama zamiast zaryglować drzwi, okna i zgasić wpierw światła, sięgnęła do przepastnej szafy po ciepłe ubrania. Chwyciła mnie za rękę i po chwili trzy bardzo wątłe bohaterki szły w stronę stawu. W ciszy i całkowitej ciemności. Odziana w granatowe i ciepłe futerko rozważałam w głowie słowa taty. Akurat wyjechał na kilka dni do Lwowa, wiedziałby co robić w tej sądnej chwili, pomyślałam. Zapamiętałam, że kilka dni wcześniej mówił coś o nowiu i gwiaździstym niebie. Że można rozpłynąć się w mroku.

Gdy ukryłyśmy się w zaroślach, z okolic dworu zaczęły dobiegać odgłosy szabrowników. Plądrowanie trwało blisko dwie godziny. Odjechali w kierunku Jeziorny, nie podejrzewając, że tuż nad stawem ponuremu spektaklowi przyglądały się trzy przerażone duszyczki. Bandyci uznali, że tego dnia nie tylko właściciel wyjechał do Lwowa. Uciekając z majątku mama uratowała życie Helenie i mnie.

O poranku wróciliśmy do domu. Uderzył nas widok wybitych okien i wyważone drzwi. Szybka rachuba pozwoliła oszacować, że zginęło siedem milionów marek polskich w gotówce i mnóstwo biżuterii: sześć pierścionków z brylantami, dwie obrączki ślubne, pięć zegarów wysadzanych szmaragdami, bransolety z diamentami i złote łańcuszki. Puste miejsce pozostało po czterech srebrnych papierośnicach, ze schowka za kuchennym piecem wyszabrowano 100 złotych monet, a z kredensu kompletną srebrną zastawę dla 24 osób. Bandyci musieli przyjechać po łup wozem, bo zniknęły nawet futra i ubrania, wszystkie warte majątek – blisko 40 milionów marek!

Weszłyśmy do salonu, w którym szalał totalny bałagan. Wszędzie leżały porozrzucane partytury, książki, wazony, krzesła, donice z kwiatami i moje zabawki. Jedynie klapa fortepianu pozostała szeroko otwarta, mebel stał niezachwiany na swoim miejscu, widać złodzieje nie zwrócili na niego uwagi. Przy swojej wadze, fortepian koncertowy nie poddawał się próbie transportu – można było go co najwyżej podpalić i porąbac na kawałki, ale to wymagałoby czasu, którego rabusiom zabrakło.

Nienaruszona deska podłogowa wciąż uginała się pod ciężarem nogi instrumentu. Skrywała otwór pod posadzką, w którym prócz klucza do magazynu z bronią leżał niepozorny, lniany woreczek – nasza przepustka do przyszłości.

Ostatnie lato

Wkrótce po napaści na Jackowce ojciec sprzedał zawartość rzeczonego woreczka, nie ukrywał, że bardzo ucieszyła go ta transakcja. Rzekomo pechowy, skrzętnie przechowywany, rodzinny Koh–i–noor znalazł nabywcę. Nareszcie zniknął z rejestru dóbr ruchomych, a my na wiosnę zamieszkaliśmy w ogromnej kamienicy we Lwowie. Zmieniło się wszystko, nastały szalone lata trzydzieste, życie przyspieszyło, a gdzieś na Zachodzie zaczęła tlić się dyktatura smutnego, małego człowieka. Krążyły pogłoski o nadchodzącej wojnie, ale dźwięki naszego muzycznego mebla wciąż brzmiały identycznie, nie zapowiadając smutnych chwil. Problemem, który wymagał rozwiązania był jego transport. Pamiętam, że firma przewozowa zatrudniła ośmiu osiłków, aby wnieść instrument na pierwsze piętro na Starym Mieście. Całe szczęście, że kiedyś architekci projektowali szerokie klatki schodowe.

Jackowce odwiedzałam aż do wybuchu wojny, mimo ogromnego sentymentu, coraz rzadziej. Ojciec nie pozostawiał nas w majątku na noce w nowiu, nawet podczas pełni we dworze rezydowało kilka osób. Muszę wspomnieć o tym, że w feralnej, czarnej godzinie bandyci śmiertelnie ugodzili bagnetem pana Rotha. Gdyby najpierw pojechali w naszym kierunku, pozostawione bez szans na ucieczkę, leżałybyśmy na progu martwe, w kałuży krwi, skąd krok do parafialnej mogiły.

Rozstałam się z Jackowcami na dobre. Z mojego ukochanego Podola zabrałam do Lwowa nuty, listy, fotografie, zasuszone rośliny oraz legendarny fortepian. Grałam na nim do września 1939 roku. Wybuchła wojna, kamienica w której żyliśmy stała się złotą klatką. Siedziałam otoczona obrazami, obwieszona biżuterią, w bajecznych norkach patrząc z przerażeniem na łapanki na ulicy. W sklepach zaczęło brakować żywności. Trzeba było podjąć najważniejszą decyzję w życiu. Pewnego dnia zebraliśmy najcenniejsze dobra i uciekliśmy na Zachód.

Ewakuowaliśmy się z miasta wraz z instrumentem, ale okoliczności uniemożliwiły jego transport aż do Wrocławia, gdzie mieliśmy rozpocząć nowe życie. Kazano mi polubić to miejsce. Miasto poważnie zniszczone bombardowaniami było kompletnie odarte z uroku. Brakowało ukochanych krajobrazów, przyjaciół, przyrody, historii i fortepianu, który do końca wojny pozostał ukryty w szopie u przyjaciół w Chełmie Lubelskim. Po wyzwoleniu, nieco podniszczony i rozstrojony, dołączył do rodziny – przecież był jej członkiem. Nasz ukochany mebel poddaliśmy w 1946 roku konserwacji. Otrzymał drugie życie i znowu mogłam na nim grać. Mechanizm młoteczkowy sprawnie uderzał w struny – brzmiał, roznosił się po pokojach niczym najpiękniejsza woń francuskich perfum.

Któregoś dnia, w peerelowskiej szarudze, zrozumiałam, że bajeczne dźwięki instrumentu – dokładnie tego – ulatniały się w dworze w Jackowcach, we Lwowie, Wrocławiu i finalnie w Katowicach, gdzie do dziś zdobi siedzibę Szkoły Muzycznej. Pragnę pochwalić się, że mój towarzysz zawitał na krótko do gmachu Polskiego Radia. Fortepian przetrwał XX wiek i odbył kilka znaczących podróży, zanim trafił do przestronnego salonu na skrzyżowaniu ulic Kopernika i Skłodowskiej – Curie. Tam ja i mój instrument rozstaliśmy się na zawsze.

                                                                                 Jeszcze wspólnie zagramy

Nigdy nie skarżyłam się na los, nie narzekałam na jego przeciwności, nosiłam płaszcze w różowym kolorze, a mój śnieżnobiały pudel wyróżniał się na tle ulicznej szarzyzny i kundli z sąsiedztwa. Na Śląsku smog i zanieczyszczenia każdemu bytowi nadawały brunatny kolor, pomimo to – uśmiechałam się.

Jan, mój mąż, przez dekady tkwił pogrążony w medycznej literaturze. Praca cenionego lekarza wiązała się z ciągłą nieobecnością w domu. Ginął na szpitalnych dyżurach i wśród ścian sal operacyjnych.

Leczył ludzi, kochał swoją pracę, ale na szczęście wielbił również muzykę. Dzieliliśmy się instrumentem – zawsze sprawiedliwie, chociaż to dla mnie czas okazał się bardziej łaskawy i pozwolił cieszyć się jego dźwiękiem o wiele dłużej.

Doktor Jan Masny zmarł w 1993 roku. Przypominam sobie pierwsze dni, kiedy go zabrakło. Narastała cisza pośród której każdy odgłos zdawał się być bardzo wyrazisty. Grałam z przekonaniem, że w takiej martwocie trzeba pozostać uważnym, aby nie popełnić błędu, nie wydobyć z instrumentu fałszywego tonu.

W najtrudniejszych momentach, kiedy czułam, że skrada się samotność, siadałam przy moim czarnym, połyskliwym przyjacielu, który od zawsze mi towarzyszył. To prawda, że jedynie on potrafił przysiąc, że nie opuści mnie aż do śmierci.

Przez całe życie uciekałam w muzyczne podróże. W Jackowcach wiosną świat pulsował, buzował i kipił życiem. Latem stawał się bardziej soczysty, tryskał kolorem kwiatów, sadów i łąk; bogactwem natury, pełen był pobrzękiwania owadów. Jesienią rwetes stygł stopniowo i przygasał. Zmieniały się barwy i dźwięki, ich natężenie oraz ton. Zimą dwór zapadał w głuchy letarg. Wespół z przyrodą odtwarzaliśmy nasze cztery pory roku.

Grałam etiudy, mazurki, nokturny i polonezy, sonety marsze i fantazje. Grałam, gdy miałam doskonały nastrój lub dopadała mnie chandra. Grałam, gdy chciałam coś powiedzieć, grałam, gdy chciałam przemilczeć.

W pierwszych dniach września 1939 roku fortepian grzmiał Chopinem, prowokował dźwiękiem, rozprawiał się z historią i wydarzeniami, które miały nadejść. Później, w obawie przed sprzedażą, przenieśliśmy go w głąb mieszkania, jakby to, gdzie aktualnie znajdował się, miało jakiekolwiek znaczenie. Ojciec uznał, że w czasie wojny fortepian nie jest sprzętem pierwszej potrzeby i lepiej nie drażnić oczu przepychem i połyskliwością jego przepysznej politury.

Mój przyjaciel w dekadach powojennych milczał kilkakrotnie – w geście obrazy czy z bezsilności – trudno powiedzieć.

W siermiężnych latach pięćdziesiątych przypominał o egzotycznych czasach, a swoim pięknem przywoływał bogactwo i różnorodność minionej epoki. Wyglądał nad wyraz smutno w otoczeniu mebli ze sklejki i paździerza. Wśród tych wszystkich wątłych i jednorazowych wynalazków stał dumny a jednocześnie smutny i opuszczony. Relikt przeszłości o imponujących rozmiarach i wadze. Nie ma już fachowców, którzy zadbaliby o jego wnętrze. Mechanizm zestarzał się a koszt renowacji jest astronomiczny, dla mnie sięga gwiazd na niebie – tych samych, które widziałam na niebie nad Jackowcami. Życie to klawiatura fortepianu – białe klawisze wyznaczają szczęśliwe dni, czarne przypisano smutnym. Od nas zależy po które chętniej sięgamy.

Zdradzę w tajemnicy, że mój przyjaciel celowo zamilkł w grudniu 1981 roku. To były trudne chwile. W Wigilię miałam zagrać kolędy, mąż potakiwał znacząco, że tak należy, bo Chopin wart każdego forte, ale w drzwiach pojawił się smutny pan w mundurze. Oznajmił, że system młoteczków i strun tego wieczoru nie zadziała, nie wydobędzie żadnego dźwięku. Milczeliśmy podczas kolacji, wraz z nami, w kącie, nasz przyjaciel.

Ostatnia poważna sprzeczka wybuchła w 2005 roku, obraziłam się sromotnie. Im bardziej chciałam grać, tym mój przyjaciel wyraźniej milczał. Wiosną wmawiano mi, że cisza jest winą choroby, mojej choroby, ale przecież to on milczał. Nigdy o nim nie zapominałam, chociaż o codziennych sprawunkach i czynnościach owszem, coraz częściej. Przecierałam kurz z klawiszy i po dziewięćdziesięciu wspólnych latach, w poczuciu bezsilności, przyglądaliśmy się sobie z przeciwnych kątów pokoju. Dbałam o niego, ale mimo to milczał. To trwało całymi miesiącami. Pozostałam z nim do jesieni – wtedy przestaliśmy się rozumieć.

Dzisiaj, kiedy Czytacie tę opowieść, od 15 lat jestem nieobecna. Tyle czasu zajęło mi znalezienie narratora, który przywoła chwile młodości. Kogoś, kto odkryje i zrozumie, że należy skorzystać z pozostawionych przeze mnie notatek, pamiętnika, zdjęć i spisanych wspomnień. Może tym razem uda się zgrabnie skleić z okruchów pamięci ten przebrzmiały świat? Proszę nie zapomnieć o mym wiernym towarzyszu. Proszę zapytać co u niego, czy wciąż pięknie połyskuje w blasku porannych promieni słońca – czy ktoś, tak jak ja, dba o niego troskliwie. Proszę też przekazać, że Zosia Masny nieśmiało zapytuje czy mój przyjaciel zgodzi się coś wspólnie zagrać…

Wasza Zosia

 

Najczęściej oglądane wpisy