CZASEMPISANE

czasem pisane, bo pisane czasem

Peszka

Opowiadanie inspirowane prawdziwymi wydarzeniami

Siedziba XI Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego w Poznaniu

31 stycznia 1951, godzina 20.58

– Jurek, już prawie dziewiąta wieczór, po diabli nas tutaj ściągnęli?

– Podobno nową „peszkę” będą testować, ale nie mam bladego pojęcia czemu w taki ziąb? Zapnij ten kubrak, bo niemrawy z niego kombinezon lotniczy. Szpetny jak nasza polowa kucharka i podobny do waciaka z kołchozu, wszędzie łaty. Patrz kolego, tutaj przetarty, a tutaj świeci dziura, wiatr gwiżdże na przestrzał, nawet nie ma komu go porządnie zacerować. Dobrze, że dzisiaj czeka mnie nawigacja, bo ręce całkiem skostniały. Przy takiej Syberii chyba nie każą pilotować? Spójrz na mnie: człowiek – pilot – nawigator – oblatywacz. Wnet każę nazywać się pilotem – nawigatorem – idiotą, bo komu teraz w głowie nocne loty? Nikomu – uparli się. Rozumiesz?

– Nie rozumiem, ale takie czasy, co zrobić, wielka smuta, radzieckie obyczaje i rozkazy – nawet na Ławicy. Twoja Hania tak pięknie potrafi szyć, szkoda, że jej tu nie ma, uradziłaby coś na te gałgany.

– No, no – wara od Haneczki, dziurska sam sobie pozaszywaj! Pakujemy się, towarzyszu generale, widać, że w końcu wytoczyli sprzęt na płytę, toż to nocna zmiana – specjalnie dla nas!

Jerzy żwawym krokiem wszedł do hangaru, otworzył szafkę i wydobył z niej spadochron siedzeniowy. W tym momencie jego przyjaciel zniknął w półmroku hali w poszukiwaniu swojej maszyny. Po chwili wokół jednego z samolotów pojawiło się kilku mężczyzn w charakterystycznych kombinezonach mechaników. Przemykają jak cienie oświetleni bladym światłem żarówek zwisających spod sufitu. Mechanicy z pułku bombowców pułkownika Dubowoja zawsze pozostają niewidoczni, jednocześnie czujni i obecni, co nie oznacza, że pomocni.

Jurek chociaż jest młodym pilotem, podobnie jak jego towarzysz krzątający się przy śmigle, dobrze wie, czym są procedury startowe. Tego wieczoru pełni funkcję pilota – nawigatora. Wyraźnie zaintrygowany brakiem dowódcy podchodzi do starszego mechanika i zdziwiony pyta:

– Kolego, nie chcę być wścibski, ale gdzie jest reszta załogi?

Nastała chwila ciszy, pod nieboskłonem hangaru przygasła jedna z jarzących lamp. Niewzruszony pytaniem technik omiótł wzrokiem sufit. Następnie ścianę, pod którą zgromadzono pokaźny stos części zamiennych upapranych w smarze. Zapisał symbol jednej z nich w kajecie i wycedził przez zęby:

– Jak to gdzie? Siedzą już wszyscy w maszynie na swoich stanowiskach i na pana czekają, poruczniku Gajdzik.

Jurek zdębiał i rozglądając się wokół przeczesywał zakamarki hangaru, szukając odpowiedzi na rodzące się pytania. W końcu spojrzał mechanikowi w oczy, wyraźnie sondując jego reakcję.

– Kolego techniku, a kto dowodzi tą maszyną?

– Jak to kto dowodzi? To przecież pan nią dowodzi – zabrzmiał tubalny głos, po czym starszy mechanik otarł dłonie zabrudzone smarem i gwałtownym ruchem wskazał na plac przed hangarem.

– Młody pilot poczerwieniał, komunikując, że w pułku panuje nieopisany bajzel, skoro dowódca maszyny nie wie z kim leci. Jego słowa obijały się w przepastnych przestrzeniach hali nie trafiając na opór materii, ani jakąkolwiek odpowiedź. Po chwili zdziwiony mechanik wcisnął Jerzemu książkę pokładową, dodając, że „peszka” jest gotowa do lotu.

Na płycie „stojanki” pojawił się samolot – bombowiec nurkujący typu Pe-2 Ft czyli „peszka”. Maszyna zaprojektowana przez więźniów w Centralnym Biurze Konstrukcyjnym pod nadzorem NKWD nie budziła sympatii. Mimo pokaźnej liczby egzemplarzy nad projektem ciążyło fatum. Konstruktor, Władimir Petlakow, zginął w styczniu 1942 roku w katastrofie – leciał „peszką” jako pasażer. Piloci nieustannie narzekali na jej podniebne wybryki i nieoczekiwane awarie. Jurek przyglądał się blaszanej konstrukcji z dezaprobatą, jakby chciał jej powiedzieć, że nie ma płatać figli. Wiadomo było, że po remoncie na poznańskiej Ławicy procedura wymagała wdrożenia samolotu do służby, a to z kolei wiązało się z oblotem. Ważna czynność, dokonywana późnym wieczorem, mroźnego styczniowego dnia, budziła u młodego pilota wyraźne podejrzenia. Tymczasem mechanik unikał kontaktu wzrokowego i wkręcając przepaloną żarówkę w klosz lampy, zdawał się oddawać czynności, która nie miała sensu.

Wywiązała się kolejna rozmowa.

– A silniki w maszynie były grzane?

– Tak jest, oczywiście, że były grzane wcześniej. A tutaj ma pan od pułkownika – pilota Dubowoja kopertę z rozkazami. Ma pan ją otworzyć dopiero w locie na jego polecenie radiowe z ziemi.

– Jak to? Do czasu rozkazu radiowego z ziemi mamy lecieć na ślepo?

Chociaż Jerzy protestował, nie minęła chwila, gdy starszy mechanik dzierżył tryumfalnie podpisaną książkę pokładową.

– Lecicie kapitanie Gajdzik, lecicie dzisiaj ze swoją załogą.

Z załogą, której pilot nadal nie poznał, nie wiedział także czy silniki zostały odpowiednio przygotowane do sprawdzianu jakim był wojskowy rozkaz oblotu.

Chorzów, 10 lutego 2020

– Tak było, panie Jerzy. Możemy napisać w ten sposób?

– Tak. Od mojego lotu minęło 69 lat. Wtedy byłem pewnym siebie młodzieńcem. Takim jak Ty. Wówczas człowiek szybko potrafił unicestwić swoje podejrzenia. Wynikało to z beztroski albo głupoty. Ten start nie miał prawa wydarzyć się. Nie w tych warunkach i okolicznościach. Jednak stało się inaczej, a zdarzenia przebiegły następująco. Notuj pilnie!

Siedziba XI Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego w Poznaniu

31 stycznia 1951, godzina 21.30

Jerzy wdrapał się ze skrzydła centropłatu do kabiny. Przyglądając się cielsku samolotu, zauważył, że ze stanowiska strzelca zdemontowano półobrotowy karabin maszynowy. Zabieg miał rzekomo podnieść komfort pracy pilota oblatywacza, więc nie wzbudził podejrzeń.

Po zajęciu stanowiska podłączył szelmofon do sieci radiowej oraz kombinezon do instalacji elektrycznej. Dobrze, pilocie Gajdzik – jesteś gotowy, pomyślał i poskrobał się po głowie.

– Wszyscy są na swoich stanowiskach? Z czeluści pokładu popłynęły słowa potwierdzenia.

Nie zwracając uwagi na ilościowy stan załogi, Jerzy uruchomił silniki maszyny i rozpoczął od strony wschodniej kołowanie w kierunku pasa startowego. Po chwili „peszka” na pełnym gazie wzbiła się w powietrze, tworząc osobliwe zjawisko na tle księżycowej tarczy.

Po minucie lotu lewy silnik maszyny zaczął niepokojąco przerywać pracę, dławić się chrapliwie, zaś ze wskaźników można było wyczytać, że spada ciśnienie oleju i rośnie jego temperatura.

– Co jest? Co się dzieje? – krzyknął Jerzy, błądząc wzrokiem po szalejących przyrządach.

Im głośniejsze rodziły się protesty załogi, tym bardziej złośliwe stawały się wybryki samolotu.

Po serii zgrzytów oraz trzasków podniebny statek zaniechał jakiejkolwiek współpracy. Na pułapie 300 metrów nad płytą lotniska, gdy „peszka” wchodziła na krąg przez lewe skrzydło, z silnika buchnęło ogniem. Żar paliwa lotniczego rozświetlił niebo nad Ławicą. Po chwili po silniku między centropłatem i resztą skrzydła pozostała wielka wyrwa. Kabina pilota z częścią dziobową rozpadała się stopniowo, sieczona łopatą śmigła. Z całej struktury ściekał olej, uwolniony z plątaniny przewodów i rur.

Jerzy kątem oka spostrzegł, że lewy płat skrzydła zmienia swoje położenie względem centropłata i powoli, ale systematycznie odspaja się od całości. Wiedział o tym, że trwa agonia maszyny, a katastrofa jest nieunikniona.

Młody pilot, rozglądając się nerwowo szukał rozwiązania. Wiedziony intuicją w mgnieniu oka zrzucił wiatrochron. Następnie wypchnął spadochron siedzeniowy na szelkach poza kadłub, pociągając jednocześnie za wyzwalacz. Mocne szarpnięcie zasygnalizowało, że otworzyła się czasza spadochronu. Otwarcie było równie wyczekiwane, co w danej chwili niepotrzebne. Jerzy poczuł wyraźny poślizg linek spadochronu po instalacji antenowej między wysięgnikiem Pitota, a pionowym statecznikiem kierunkowym w podwójnym usterzeniu ogonowym. Chwilę później uderzył w konstrukcję plecami, a pod naporem czaszy spadochronu pękła lina antenowa uwalniając pilota z uścisku spadającego samolotu. Dziesięć sekund później na trawiastej połaci lotniska eksplodowała kula ognia. W Poznaniu dobiegał końca ostatni dzień stycznia.

III Wojskowy Szpital Kliniczny w Poznaniu

14 lutego 1951

Po otwarciu oczu na twarzy Jerzego zaczęło malować się zdziwienie. W sali szpitalnej na jego wybudzenie oczekiwała grupka lekarzy i pielęgniarek. Nie wiedział gdzie jest i dlaczego się tutaj znajduje. Od wypadku minęły dwa tygodnie.

– Witamy Cię synku z dalekiej podróży, zakrzyknął pułkownik – lekarz dr Kowalski.

– Mieliśmy chłopcze biedę poskładać Twoje pogruchotane kości w kręgosłupie. Od samej góry do samego dołu, bo Cię mocno trzasnęło o statecznik, a do tego po uwolnieniu od samolotu, przez spadochron uderzyłeś o zmarzniętą ziemię – dodał z troską, opisując dramatyzm sytuacji.

Młody pilot jeszcze raz rozejrzał się po rozpromienionych obliczach zespołu w białych kitlach i po chwili stracił przytomność.

W pierwszych tygodniach po wybudzeniu, cykl zdarzeń rozgrywających się na jawie i podczas głębokiego snu zdawał się być powtarzalny i odgórnie zaprogramowany. Chociaż chęci do życia rosły to jednak naruszony w kręgosłupie rdzeń dawał o sobie znać – przejawy były rozmaite. Najczęstszymi objawami były meble i urządzenia medyczne pełzające po sali. Powszechne stały się także okna wypadające z futryn i raz po raz rozwierające drzwi wejściowe. Incydenty były na tyle częste, że pielęgniarka, starszy sierżant Janina Paździora wchodząc pewnej nocy, aby czuwać przy chorym, została brutalnie uderzona kapciem w twarz. Ciemność i wyobrażenia kłębiące się w głowie Jerzego zniekształciły obraz opiekunki. Nocą skradała się niczym złowrogie i krwiożercze monstrum o morderczych zamiarach.

Pod koniec lutego dolegliwości ustąpiły, przyszedł czas na naukę chodzenia i powrót do załatwiania czynności fizjologicznych bez pomocy sierżant pielęgniarki. Proces rekonwalescencji miał trwać prawie do Wielkanocy. W tym czasie Jerzego, chociaż jeszcze o tym nie wiedział, czekała bardzo ważna rozmowa.

– Chłopcze, bądź tak uprzejmy i usiądź sobie wygodnie w fotelu, bo mam Ci coś bardzo nieprzyjemnego do zakomunikowania. Nie chodzi o Twoje zdrowie, ale życiową egzystencję. Tylko to, co usłyszysz nie może być znane nikomu poza Tobą!

Po słowach dr. Wojciechowskiego cudem odratowany z wypadku pilot zastygł niczym głaz i przyglądał się uważnie twarzy lekarza, kiwając znacząco głową.

– Dowiedzieliśmy się z wiarygodnego źródła, że w pierwszej połowie lutego, kiedy byłeś jeszcze w stanie nieprzytomności, a my w szpitalu nie byliśmy pewni Twojego przeżycia, w Wojskowym Sądzie Garnizonowym w Poznaniu odbyła się rozprawa.

– Jaka rozprawa? – zdołał wydusić Jerzy, jeszcze szerzej otwierając oczy ze zdumienia.

– Rozprawa utajniona i zamknięta, chłopcze. Dotyczyła pozbawienia Cię stopnia oficerskiego. Zdegradowali Cię zaocznie z kapitana – pilota do najzwyklejszego stopnia kaprala, zaliczając jednocześnie Twój dotychczasowy pobyt w lotnictwie do służby czynnej.

– Czym kierowali się sędziowie wydając taki wyrok? Zdążył wtrącić Jerzy.

– Całej prawdy nie znamy, ale za główną przyczynę uznano opuszczenie statku powietrznego przed resztą załogi. To zachowanie uznawane przez Sowietów za ucieczkę i karane dezercją. Co więcej, wzięte zostały pod uwagę inne okoliczności. Sąd uznał dopuszczenia się przez Ciebie w czasie służby w lotnictwie szpiegostwa na rzecz obcych wywiadów.

Wiem z dokumentacji, że rzeczone szpiegostwo to kłamstwo. Wiązało się z Twoim projektem elektrycznego przestawienia kąta śmigła w radzieckich samolotach wojskowych. Znam prawdę! Stwierdzili, że Twój projekt był projektem sowieckim i chciałbyś go przekazać obcemu wywiadowi.

– Co za bzdura, pieprzeni bolszewicy!

– Przeinaczają fakty dla własnych celów i niszczą ludzi – takich jak Ty – o tym przekonasz się jeszcze niejeden raz, chłopcze. Na dzisiaj to zbyt wiele dla Ciebie, rozumiem Cię doskonale. Teraz musisz odpoczywać, przed Tobą jeszcze wiele zadań.

III Wojskowy Szpital Kliniczny w Poznaniu

1 kwietnia 1951

Niewiele pamiętam z wypadku, niewiele o nim wiem. Kto mi to zrobił? Dlaczego? Co stało się z załogą? Kto zginął w katastrofie? Jerzy wiele rozmyślał o styczniowej nocy patrząc w świeżo pobielony sufit i strzeliste topole rosnące za oknem.

Szansa na rozwikłanie zagadki związanej z wypadkiem pojawiła się w Prima Aprilis. W drzwiach sali szpitalnej stanął jego imiennik – pilot Jurek Rachwalski, świadek katastrofy na Ławicy.

– Kapitanie, dobrze Cię widzieć, wypalił od progu i po kilku minutach radosnej wymiany zdań usiadł tuż obok łóżka i z kamienną twarzą zapytał:

– Jurek, czy Ty w ogóle wiesz jaki miałeś stan załogi?

– No pewnie, że wiem, bo po wejściu do kabiny każdy z członków załogi zgłaszał swoją obecność na stanowisku. Doliczyłem się trzech osób ze mną.

– A widzisz, gówno prawda – było inaczej. We wraku „peszki” znaleziono szczątki trzech osób, a Ty przecież żyjesz!

– Co Ty gadasz, Jureczku?!

– Tej samej nocy część kadłuba samolotu wyciągali spod zmarzniętej ziemi trzema „stalińcami” gąsienicowymi. Wrak wbił się na kilka metrów w grunt. Obydwa skrzydła i prawy silnik ze śmigłem były rozrzucone w promieniu 50 metrów.

– A ludzie?

– Jacy ludzie? Zwłoki, spalone na popiół, miałeś przecież pełne baki.

– Tą czwartą osobą mógł być jedynie nieujawniony strzelec ukryty wewnątrz kadłuba. Nie mam pojęcia gdzie on był i skąd się tam wziął.

– Jureczku, wiem tyle co Ty. To nie mógł być przypadek. W prawym silniku komisja badająca szczątki samolotu dopatrzyła się w cylindrach metalowych opiłków nieznanego pochodzenia.

– O cholera. Dlatego filtry paliwowe zostały zniszczone, a samolot spadł na ziemię z tak niskiej wysokości. Chcieli nam ukraść czas na ucieczkę – wszyscy mieli zginąć, w tym ja…

Chorzów, 10 lutego 2020

– Mam 92 lata. Jestem na tyle wiekowy, że wolno mi mówić to, na co mam ochotę i to, co uznaję za słuszne. Bez barier i ograniczeń. Wiesz już jaki był przebieg lotu i skutki katastrofy.

– Panie Jerzy, wiem, ale ten lot nie był wypadkiem, prawda?

– Nie. Lot „peszką” był lotem skazańców. Znasz może słowa Jerzego Cyrankiewicza, grzmiał niegdyś, że „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie”. Byłem niepokorny, ale jak widzisz, miałem sporo szczęścia. Wciąż mam też dwie zdrowe ręce.

Wiem, że dopuściłem się zniesławienia sowieckiej techniki lotniczej tajnym wykonaniem projektu elektrycznego przestawienia kąta łopat śmigła. Muszę dodać, że w miejsce skradzionego i skopiowanego projektu technicznego firmy Havilland. Angielski producent stosował je w samolotach Moskito. Sowieci nigdy nie zapominali, a tym bardziej nie byli skłonni komukolwiek takie przewinienia darować. Pozostaje jednak pytanie za co poniosła karę i dlaczego zginęła reszta załogi? Nigdy nie poznałem ich nazwisk. Sposób unicestwienia w powietrzu silników „peszki” wskazywał na planowe działanie i sabotaż. Nikt po starcie nie miał opuścić pokładu, Nikt nie miał ponownie stanąć na ziemi. Dlaczego mnie się udało? Tego nie wiem. Sowieccy mocodawcy musieli być zaskoczeni, że jako jedyny z całej załogi samolotu nie zostałem uśmiercony. Skoro cudem przeżyłem, zdecydowali się na degradację ze stopnia kapitana – pilota do stopnia kaprala. Na tym jednak nie poprzestali. Ale to już zupełnie inna opowieść, nie zanudzajmy nią tych, którzy będą musieli poznać chociażby dzisiejszą historię.

Najczęściej oglądane wpisy